poniedziałek, 12 listopada 2018

Rogalowe Muzeum Poznania


Wew piontek rychło rano, wszyściutkie mele i szczuny  wysztafirowane przyszły do lani. Najsopmpierw my pogodali o Świncie Odzyskania Niepodległości. Zaś my oblekli mantle i boby i ruszyli autobusem z naszygo fyrtla na Małe Garbary. Caluśka wiara wyległa z autobusa i na szage my pognali do Rogalowego Muzeum. Tam czekali na nos wuje. Dali nam pikne boby, które wylondowały na naszych globusach. Zez rułom my sie uplaszcyli  na łowkach, a wuja zaczoł godać do nos gwarom. Ale mioł godane! Nie wszytko my rozumieli. Wuja nos pytoł jakie słowa znomy. I my godali: szneka z glancem, bimba, bejmy, pyry, ryczka….. Zaś wuja nos uczył, jag sie nazywajom się czyńści naszygo ciała. Już wimy, że momy globus, klapioki, kliber, jape, sznupe, a żrymy dżuzgawki, swientojanki, glubki,  redyski. Ale my się chichrali! Poruta, że my poznanioki nie znomy  naszygo jezyka. Zaś przyszdł drugi wuja,taki łęgol, zaprosił nos do stołu i całkom naszom eke podzielił na pary i doł nom kulki ciasta. My je oglądali, gnietli wew pazurach, świgali nimi,zaś wałkowali, ciyli knypkami na trójkonty. Wuja nakłodoł nom mase makowom. I rug- cug mieli my rogaliki. Kiej nakrył je serwytką, godoł nom, jak Świnty Marcin jechol na śrupie i skond momy tradycje jedzynia rogoli. Wuja przyniósł gotowe świeżutkie słodkie, a my z apetytem szysko spucnyli. Na ostatek kożden jeden dostoł dyplom i pamiontkowy magnes.
Zaś ojciec Staszka zabroł nos na przechadzke po Starym Rynku. My kikali ślipiami, kryncili globusami na wszytkie strony , nastowiali klapioki, roztwierali sznupy i słuchali, co godo wuja Janek. To buło ekstra ciekawe!
O dwunastej my wrócili do lani. A od jutra mamy rych wolne oż 3 dni. Hura!



W piątkowy poranek przed Świętem Niepodległości wybraliśmy się do Rogalowego Muzeum. W Poznaniu istnieje tradycja jedzenia rogali świętomarcińskich, a my mieliśmy poznać tajniki ich wypiekania i w ogóle historii. Autobusem nr 74 pojechaliśmy w kierunku Starego Rynku. Wysiedliśmy  na przystanku Małe Garbary i pomaszerowaliśmy w kierunku naszego celu. Szybko dotarliśmy do ulicy Klasztornej, gdzie czekali na nas ubrani specjalne stroje, panowie. Zaprosili nas do jednej z trzech sal, w których goszczą wycieczki. Przy wejściu otrzymaliśmy wysokie, brązowe czapki, takie same jak nasi przewodnicy. Założyliśmy czapki na głowy, zajęliśmy miejsca na ławeczkach. Wtedy jeden z panów zaczął do nas mówić gwarą poznańską. Nie wszystkie, szybko wypowiadane słowa, rozumieliśmy. Okazało się, że wiemy co to szneka z glancem, ryczka, bejmy, bimba, pyry …. I na tym nasza znajomość gwary  się skończyła, więc pan przystąpił do nauki. Najpierw poznaliśmy wyrazy oznaczające części naszego ciała: globus, klapioki, kluka, japa, sznupa, kielochy, giry, szkity. Mocno nas rozbawiły te nazwy, potem poznaliśmy szereg innych wyrazów takich jak: mele, szczuny, wiara, śrup…. Tak się śmialiśmy, że pan musiał  często nas uspakajać. Co począć, kiedy wyrazy gwarowe mają takie dziwaczne brzmienie. Potem usłyszeliśmy historię Świętego Marcina, kim był, co zrobił. No, a  najważniejsze przesłanie tej historii  – trzeba umieć się dzielić.

Po chwili, przyszedł drugi z panów. Podzielił nas na zespoły dwuosobowe. Stanęliśmy wokół dużego stołu. Każda para otrzymała kulkę ciasta, którą ugniataliśmy w rękach, podrzucaliśmy. Potem dostaliśmy wałeczki i trzeba było  rozwałkować  kulkę na płaski placek. Nożykami wycięliśmy trójkąty. Ciasto, to tylko jeden element rogala, ważne jest nadzienie z białego maku i bakalii. Nadzienie już było przygotowane, więc pan na każdy trójkąt wydusił taką rurkę masy. Dalej należało wykonać nacięcie i zwinąć rogala według instrukcji prowadzącego. Wszystko się udało. Rogale trzeba było pozostawić, aby ciasto wyrosło. Długo musielibyśmy czekać i wtedy pan, który uczył nas gwary, wkroczył z tacą pełną gotowych rogali i nas poczęstował. Bardzo nam smakowały. Były pyszne! Tradycja wypiekania rogali wiąże się z ze Świętem Niepodległości, więc kiedy zajadaliśmy się pysznościami, oglądaliśmy krótki filmik związany ze świętem. Na koniec mogliśmy udać się do sklepiku i kupić sobie pamiątkę z muzeum i rogala. Niektórym rogale, tak smakowały, że nic nie donieśli do domu.
Tego dnia mieliśmy dodatkową atrakcję. Tata Stasia z drugiej „b” oprowadził nas po Starym Rynku i wokół niego, przekazując ciekawostki dotyczące miejsc i budynków. Zrobił to fachowo, bo przecież jest przewodnikiem. Dziękujemy! A później to już tylko pozostał powrót do szkoły i dalsze zajęcia.
Przed nami jeszcze świętowanie z rodziną. Hura!







1 komentarz: