niedziela, 1 października 2017

Pobyt w Witoldzinie

Od kilku dni pani mówi, że zabierze nas do takiego ciekawego miejsca. Zawsze to powtarza, kiedy pojawia się temat zwierząt, a my zadajemy mnóstwo pytań: Gdzie to jest? Co tam będzie? Maciek ciągle pyta: Czy będzie tam surykatka?, każdy o zwierzątko, do którego się przyrównywał podczas zajęć z panią psycholog. Pani jakoś tajemniczo odpowiada tylko: Kochani, zobaczycie sami.

No i wreszcie w piątek rano wyruszyliśmy do miejscowości Witoldzin, bo właśnie tam jest to gospodarstwo agroturystyczne. Powitała nas przemiła pani Joasia, która po kolei brała do ręki kury, kaczki, indyki, gęsi i opowiadała jaka to rasa, pokazywała jaja, jakie znoszą i takie tam różne ciekawostki o kolorze upierzenia itd. Ptaki porozłaziły się gospodyni, a jak kogut gonił kury, to ktoś powiedział: Patrz bawią się w berka! Było zabawnie, pani się uśmiała, my mieliśmy dużo frajdy. Widzieliśmy sarenkę, przeróżne gołębie, papugi, bażanty, kucyka, nutrie, dzika. Franek dopominał się , kiedy pójdziemy do królików, bo one maja takie mięciutkie futerka. No, a kto był na spacerze z kozą na smyczy, bo my tak! Kiedyś pani Joasia miała jeszcze daniele i kozły, zostały po nich zrzucone poroża i rogi. Śmiesznie wyglądaliśmy mając je na swojej głowie. Kiedy zdążyliśmy obejść gospodarstwo, panie zapakowały nas na przyczepę ciągnioną przez traktor, pani Joasia włączyła silnik i ruszyliśmy droga przez las. Trzęsło niemiłosiernie, ale podobało się wszystkim, więc wyraziliśmy swoje życzenie, aby tym pojazdem wrócić do Poznania.

I wreszcie upragniony posiłek, najpierw jedliśmy swoje śniadanko, a nad ogniskiem piekły się ziemniaki w mundurkach, a na stole stała miska z gzikiem. Ależ niektórzy się zajadali! Była piękna słoneczna pogoda, mogliśmy poszaleć na placu zabaw. Kiedy siedzieliśmy wokół ogniska dowiedzieliśmy się tylu ciekawych historii na temat ziemniaków, w gwarze poznańskiej, po prostu „pyrów”.

Na spotkanie z nami przyjechała pani, która robi takie różne cudeńka na szydełku, niektórzy próbowali zrobić kilka oczek albo nawlekać koraliki na sznurek. Kilkoro z nas zrobiło sobie bransoletkę inni zakupili coś na pamiątkę.



Nie chciało się wracać z tego na swój sposób uroczego miejsca z przesympatyczną gospodynią. Przed wyjazdem musieliśmy skosztować placka drożdżowego ze śliwką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz